Longi dookola swiata
Longs around the world

BLOG

view:  full / summary

Powroty, powroty... Anglia > Irlandia > Polska

Posted on November 8, 2009 at 2:30 PM Comments comments (8)

Po 10,5 godzinach lotu z Kalifornii wyladowalismy w Londynie. Poczulismy sie niesamowicie: okrazylismy swiat. Hura! Udalo sie, spelnilo sie nasze marzenie. Odwiedzilismy 13 krajów na 5 kontynentach. 

Bylismy bardzo szczesliwi i przekonani bardziej niz kiedykolwiek, ze wato jest marzyc, a to co niemozliwe, czasami moze stac sie mozliwym.

Spedzilismy niezliczona ilosc wspanialych chwil, poznalismy mnóstwo fantastycznych ludzi, od których tak wiele sie nauczylismy i zobaczylismy mase niesamowitych miejsc. Nigdy tego nie zapomnimy i zawsze bedziemy wracac pamiecia do tych wspomnien. Warte byly kazdego wyrzeczenia, kazdego grosza i kazdej minuty.

Poznalismy moze tylko mala czastke wielkiego swiata, ale odbylismy prawdziwie odkrywcza podróz w glab siebie samych. Przywiezlismy z niej, mamy nadzieje, pokore, wiekszy optymizm i otwartosc.

Ale nasz glód jeszcze nie zostal zaspokojony, to na pewno nie ;) .

 

Pobyt w Londynie spedzilismy na spotkaniach z naszymi przyjaciólmi.

Podobnie w Irlandii. Z powrotem w Limericku troche pospacerowalismy po miescie, bylismy w parku i nad rzeka, ale nie udalo nam sie wyrwac jeszcze raz nad ocean, lub gdzies w glab kraju. Innym razem.  

W Krakowie wyladowalismy z mieszanymi uczuciami: jestesmy w domu, zobaczymy nasze rodziny i znajomych, ale to faktycznie koniec wyprawy. Jakbysmy dopiero wczoraj wylatywali z Balic.

Staralismy sie jednak nie popadac zbyt gleboko w melancholie. W koncu jestesmy wielkimi szczesciarzami, ze mielismy okazje okrazyc swiat, i to calo i zdrowo, a teraz bedziemy ogladac zdjecia, pokazywac je kazdemu, kto zechce ogladac i opowiadac. I wspominac, wspominac, wspominac…

Tylko ta pogoda, no…

Przymrozek? Jaki przymrozek? Jakie opony zimowe? Jaka kurtka?

 

Witaj Polsko, troche tesknilismy. ;)

Kalifornia: opuszczamy piaty kontynent

Posted on November 8, 2009 at 2:29 PM Comments comments (0)

Ostatni dzien w Kalifornii spedzilismy na robieniu wszystkiego i niczego. Bylismy na zakupach, na spacerze po okolicy, cos zjesc, znów na spacerze… Wszedzie, byleby tylko nie zaczac pakowania sie i przygotowywania sie do wyjazdu, bo to oznaczaloby praktycznie koniec naszej wyprawy… Jeszcze tylko skok przez Atlantyk, krótkie wizyty w Anglii i Irlandii i… powrót do domu. Opuszczajac Ameryke, opuszczalismy piaty i ostatni kontynent na naszej trasie dookola swiata. Ladujac w Londynie kólko mialo sie zamknac.

Postanowilismy nacieszyc sie tym przedostatnim dniem w Ameryce i zostawic pakowanie na jutro. Tak tez zrobilismy, ale dzien nieublagalnie dobiegl konca i ani sie nie obejrzelismy, a juz jechalismy na lotnisko LAX w Los Angeles. Po drodze jeszcze podniósl nam sie poziom adrenaliny, poniewaz troche sie zgubilismy przegapiajac zjazd na lotnisko, ale stety czy niestety ;) – zdazylismy. Do zobaczenia Ameryko. Zdecydowanie do zobaczenia.


Dolina Smierci

Posted on November 8, 2009 at 2:27 PM Comments comments (0)

 

 

W drodze z Las Vegas do Doliny Smierci rozpetala sie wichura, która po kilku kilometrach (czy powinnismy napisac ‘milach’? ;) ) zostawilismy za soba, ale która caly czas deptala nam po pietach. Po skrecie z Baker w Kalifornii w kierunku na nasz dzisiejszy cel widzielismy przed soba dluga, pusta, znikajaca na horyzoncie droge i taka sama za nami - tyle ze znikajaca w zamieci piaskowej. Czulismy sie jak u kranca cywilizacji.

Jazda troche sie nam dluzyla, pewnie glównie przez niezmienny krajobraz, który choc ciekawy (pustynny ze skalami i wzgórzami w tle), godzinami wydawal sie taki niezmienny. W radio puscilismy sobie muzyke country, bo choc nie specjalnie przepadamy, to wydala nam sie, glównie z nudów, strasznie na miejscu ;). Ostatnim ludzkim osiedlem przed sama Dolina bylo Heath Valley Junction. Miejscowosc wygladala jak zapomniane przez swiat miasteczko z lat 50-tych: jeden bar, jedna stacja benzynowa, zamkniety motel z oknami zabitymi deskami, starenka ciezarówka rdzewiejaca pod drzewem i kilka przyczep kempingowych.

Pani na stacji benzynowej trzy razy zapytala nas ‘jak nam dzis leci’. Za kazdym razem lecialo nam ‘swietnie’.

Wreszcie dotarlismy do celu. Juz u samego wjazdu do Doliny bylismy zachwyceni. Widoki byly bardzo surowe i bardzo piekne przez cala jej dlugosc. W punkcie widokowym Zabrskie Point ukazaly nam sie skaly zlozone z róznokolorowych warstw. Dalej widzielismy wawozy, okresowe slone strumyki, popekane na sloncu, bialo zabarwione sola dno wyschnietego jeziora. Jest to najwieksza depresja Ameryki Poludniowej (86 m ponizej poziomu morza) i jedno z 14 najnizej polozonych miejsc na swiecie. Jest tez najbardziej suchym miejscem na tym kontynencie i jednym z najgoretszych na calej kuli ziemskiej. Temperatury siegaja tutaj ponad 50 stopni Celsjusza. Wiec chyba mielismy szczescie, ze tego dzis bylo tylko okolo 25 stopni (C).

Nazwe swa Dolina zawdziecza pierwszym osadnikom, którzy przybyli tu w czasach  goraczki zlota i ledwo uszli z zyciem z powodu braku wody pitnej i skwaru.

Najpiekniejszym miejscem wydala nam sie tzw. Paleta Artystów: wymyslne, wielokolorowe (zólto – brunatno – czerwono – fioletowo – zielone) formacje skalne, prezentujace sie niesamowicie na tle czystego, blekitnego nieba. Piekne. Duze wrazenie robi tez wyschniete jezioro Badwater z wielkimi, popekanymi platami ziemi, bialymi w srodku od soli. Wysoko, wysoko na skalach nad naszymi glowami widzielismy namalowana biala linie, wskazujaca poziom morza. Podobnie do Badwater wyglada Pole Golfowe Diabla, z takimi samymi zeschnietymi brylami, jedynie nieco mniej zasolonymi.

Dolina Smierci jest bardzo wyjatkowym miejscem, zdecydowanie wartym nadrobienia kilkudziesieciu kilometrów, by je zobaczyc.

Nam droga powrotna z Doliny dluzyla sie nieporównywalnie bardziej niz do niej, bylo w koncu juz ciemno, pustynna monotonia zastapila wiec ciemna pustynna monotonie. Ale do Sun City w Kalifornii dotarlismy szczesliwie jeszcze tego samego wieczoru.

 

Vegas Baby!

Posted on November 8, 2009 at 2:26 PM Comments comments (0)

 

 

W Las Vegas postanowilismy spedzic tylko jeden dzien, z pierwotnie planowanych dwóch, a pojechac za to do Doliny Smierci.

U obrzezy miasta znajduje sie baza Sil Powietrznych USA Nellis, przez co nad naszymi glowami przelecialo kilka samolotów F16.  

W samym Vegas wiekszosc najwiekszych i najbardziej znanych kasyn ulokowana jest wzdluz glównej promenady: Las Vegas Strip (LV Boulevard). Jest to super – kiczowata, kolorowa, lsniaca tysiacem neonów ulica. Wieza Eiffela stoi tu kolo Wenecji (The Venetian), a zamek  Ekskalibura miedzy piramida, Sfinksem, a Statua Wolnosci. Niektóre kasyna sa kolorowe, oplecione kolejka górska, a niektóre cale zlote. Weszlismy do Venetian, gdzie zobaczylismy gondolierów plywajacych po sztucznych kanalach pod niebem wymalowanym na suficie. Zagralismy na jednorekim bandycie (Mlong nawet wygrala 2 $, które od razu potem przegrala ;) ), zjedlismy ‘wloskie’ lody i wyszlismy na Strip. Przechadzajac sie tym bulwarem czlowiek atakowany jest zewszad reklamami przez glosniki, a wszystko jest tak skonstruowane, by przyciagalo wzrok w odpowiednia strone. Podlogi w kasynach wylozone sa bardzo kolorowymi wykladzinami, tak by oczy meczyly sie patrzeniem na nie, a sufity sa bardzo nudne – tak by wzrok byl caly czas na pozadanym poziome, to jest na maszynach i stolach do gry. Jedynym pokazem który faktycznie nam sie spodobal byl taniec fontann w rytm piosenki Sinatry przed kasynem Bellagio.

Innym kasynem, które zobaczylismy od srodka, dla porównania, byl Luxor. Tematyka egipska rodem z grobowców i brak okien daja dosc ponure i przygnebiajace wrazenie. Poczulismy, ze zwiedzania kasyn mielismy zdecydowanie dosc.

Pojechalismy wiec do Rezerwatu Przyrody Springs, o którym czytalismy w Internecie. Mialo bys to miejsce pokazujace jak zyc w srodowisku pustynnym, wykorzystujac dostepne zasoby i w zgodzie z przyroda, ale w sumie bardzo sie zawiedlismy. Oczekiwalismy rewolucyjnych rozwiazan wprowadzonych w zycie i  mnóstwa ciekawych pomyslów. Zastalismy kilka przyjemnych, ale wysoce zwyczajnych ogródków, informacje wypisane na tablicach i przyklady materialów, jakie mozna uzyc alternatywnie do naturalnych, ale które nie przekonaly nas, by mialy byc przyjazne srodowisku. Czy wylozenie podwórka plastikowa trawa to posuniecie ekologiczne? A moze by tak pokazac kilka ogródków pustynnych, oszczedzajacych cenna wode a wykorzystujacych lokalne zasoby i rosliny? Nic takiego nie widzielismy, bylo niby kilka kaktusów, ale ledwo widocznych spod dekoracji na Halloween. Do tego zgorszyl nas juz calkowicie plastikowy plot ogradzajacy cala wystawe, wielkie reflektory swiecace nad parkingiem w bialy dzien oraz przymusowe wyjscie przez sklep z pamiatkami. Wszystko to zakrawalo na jedna wielka hipokryzje, na pewno nie warta 17 $ za wstep!

Ogólnie Vegas jest moze i ciekawe, ale to nie nasze miejsce… 

 

St. George, kaniony i dzisiejszy Dziki Zachod

Posted on November 8, 2009 at 2:24 PM Comments comments (0)

Droga przez Kalifornie, Nevade i Arizone do Utah wiodla w wiekszosci przez pustynie  Mojave, bezowo – brazowa, pelna fruwajacych kep zeschnietej trawy, gzie niegdzie wysokich kaktusów, ze wzgórzami w tle. Najdziwniejsze byly ulokowane niedaleko od drogi, w samym srodku tej goracej, pustej pustyni, male osiedla przyczep kempingowych. Kto tu mieszka? Czy z wlasnej woli, czy braku srodków, czy z przymusu? Bardzo nas to intrygowalo.

Zatrzymalismy sie na postój w pierwszym malym miasteczku za granica Nevady, w Primm. Znajduja sie tu kasyna i centrum handlowe. We wszystkich miastach ‘wjazdowych’ na granicy Nevady z okalajacymi miastami ulokowaly sie kasyna. Dla tych, którzy nie chca fatygowac sie cala droge do Vegas.

Dalej droga nie wiele sie zmieniala. Minelismy blyskotliwe Vegas z lsniacymi wiezowcami kasyn i zobaczylismy zniewalajacy zachód slonca w Arizonie. Bylo juz prawie ciemno, gdy przejezdzalismy przez wawóz rzeki Virgin, gdzie droga wije sie waskim przesmykiem pomiedzy ciekawymi formacjami skalnymi. Dotad skaly sa bezowe, szare, brazowe. Zaraz za wawozem rozciaga sie zas przepiekny krajobraz calkiem innej pustyni w Utah: czerwono – rózowo – pomaranczowej. W dodatku wniesienia te przyjmuja fioletowo – rózowy odcien przy zachodzie slonca. Cos wspanialego.

Byl juz wieczór, kiedy dojechalismy do St. George, w którym sie zatrzymalismy.

Nastepnego dnia od razu pojechalismy do Parku Narodowego Zions, mimo iz pogoda nie byla najlepsza. Dzien byl zachmurzony i wietrzny, ale nic nie bylo w stanie przycmic piekna tego miejsca. Kanion Zions przecina dolina rzeki Virgin. Jest tym bardziej wyjatkowy, ze wjezdza sie do niego ‘od dolu’, a glówne szlaki wioda wzdluz koryta rzeki i w góre (w przeciwienstwie do np. Kanionu Bryce czy Kolorado, gdzie wjezdza sie na góre i spoglada i schodzi w dól). Po przekroczeniu bramy wjazdowej do Parku zostawilismy samochód na parkingu i poszlismy dalej na nogach. Na poczatku mozna isc ulica, która jezdza autobusy podwozace az do miejsca zwanego Swiatynia Sinanavy, a stad wiedzie juz zwykly pieszy szlak. My doszlismy do momentu, gdzie dalej trzeba przeprawic sie przez rzeke, najlepiej w wysokich po uda gumowcach, w które niektórzy byli wyposazeni. My za to zawrócilismy i w drodze powrotnej jeszcze raz podziwialismy piekne czerwone skaly stojace pionowo po obu stronach rzeki, cudnie ubarwione jesiennymi kolorami drzewa i krystalicznie czyste, glosno szemrzace, rwace wody rzeki Virgin. Widzielismy sarny pasace sie na drugim brzegu, nie robiace sobie nic z obecnosci ludzi, wiewiórki i plochliwe pregowce. Na skalach, nawet kilkaset metrów nad naszymi glowami zmagali sie z natura wspinacze, wygladajacy z naszej perspektywy niczym mrówki.

Zions jest przepieknym miejscem. Postanowilismy wrócic tu raz jeszcze przed wyjazdem.

Po wyjezdzie z Parku spedzilismy jeszcze z godzine w Springdale, miejscowosci pieknie usytuowanej u wrót Kanionu. Obejrzelismy pamiatki nawiazujace do sztuki miejscowych Indian, zobaczylismy rancho jeleni, teksanskich krów i sfotografowalismy biozna na jednym z wybiegów otoczonych metalowa siatka z napisem: ‘Uwaga, bizon moze staranowac siatke’. Brr, sama jego glowa byla wielkosci calej Mlong chyba, az ciarki przeszly na mysl, iz móglby faktycznie sie wazyc. Ale i smutek ogarnial, kiedy pomyslal sobie czlowiek, ze kiedys zyly na wolnosci w stadach dochodzacych do setek tysiecy sztuk, podobnie jak i jelenie hodowane dzis jak kazde inne bydlo.

Po drodze ze Springdale do St. George zatrzymalismy sie w malym turystycznym niby - miasteczku z Dzikiego Zachodu, w którym domki zostaly wybudowane w proporcjach niczym z komiksów o Lucky Luke’u. Wygladaly bardzo komicznie i bajkowo w swietle zachodzacego slonca; jedna z niewielu sztucznych, zaaranzowanych atrakcji czysto ‘pod turystów’, która nam sie wydala calkiem fajna. Dalej minelismy farme strusi, zatrzymalismy sie raz jeszcze przy rzece i obejrzelismy koncówke zachodu slonca nad piekna panorama La Verkin, miasteczka bajecznie usytuowanego wsród czerwonych i popielatych skal.

Wspanialy dzien.

Nastepnego ranka wyjechalismy do Mesquite, miasta w Nevadzie oddalonego o jakies 45 minut, najblizszego bastionu hazardu od St. George. Mieszkancy tej czesci Utah uzywaja zartobliwego okreslenia ‘Mesquite Run’ (bieg do Mesquite). Oznacza ono wypad na impreze, do kasyna lub po prostu na pijacki wieczór, jako ze w Utah nie ma zbyt wielu barów. Mlodzi ludzie chcacy sie w ten sposób zabawic, ‘uciekaja’ wiec do Mesquite. My przyjechalismy tutaj jednak na wystawe domów. Bylismy ciekawi nowoczesnych wystrojów wnetrz i innowacyjnych rozwiazan ekologicznych. Niektóre z 12 otwartych do zwiedzania domów oszczedzaly ponad polowe energii i byly o kilka razy bardziej przyjazne dla srodowiska. Oszczednosc energii jest obecnie modna w Stanach, przede wszystkim zapewne ze wzgledu na kryzys. Domki byly bardzo ladne, a cala wystawa ciekawa.

Wieczorem tego samego dnia poszlismy zobaczyc jedna z bardziej znanych  atrakcji Halloween’owych – labirynt w polu kukurydzy. Znajdowalo sie ono na autentycznej farmie w hrabstwie Washington (Utah). Po wykupieniu biletu mozna bylo zwiedzic cala farme, przejechac sie traktorem i obejrzec rzezbione dynie. Do labiryntu zabrala nas bryczka z belkami slomy zamiast siedzen. Bylismy troche zawiedzeni, ze bylo tylko jedno wejscie, ‘kto by sie tu zgubil’ – myslelismy. Spodziewalismy sie, ze trzeba bedzie znalezc wyjscie po drugiej stronie i ze na tym wlasnie polega caly koncept. Ale i tak udalo nam sie zgubic i to na dluzsza chwile. :)          

Kolejnego dnia pojechalismy do Snieznego Kanionu, polozonego bardzo blisko miasta, moze jakies 5 -10 minut dalej od jego granic. Jest to kolejne piekne, malownicze miejsce Utah. Skaly przechodza tu niczym falami z czerwonych w biale a na koniec czarne, wulkaniczne. Spacerowalismy przez pól dnia, nie mogac sie nadziwic wspanialej fantazji natury. Dotarlismy do bardzo waskiej i wysokiej jaskini, w której kobiety indianskiego plemienia Anasazi pozostawily wykute w skale nascienne rysunki. Niezwykle, magiczne miejsce, jak caly Sniezny Kanion.

W drodze powrotnej skrecilismy na osiedle Kayenta w miejscowosci Ivins, które przykulo nasza uwage swoja niepozornoscia. Wlasciwie trudno je nawet zauwazyc. Domy, specjalnie zaprojektowane w stylu ‘pueblo’ wtapiaja sie w tlo kolorowych skal. Podobala nam sie koncepcja, choc Mlong nie do konca mogla sobie wyobrazic mieszkanie w sasiedztwie jedynie pustynnych stworzen, szczególnie tych pelzajacych.

Po powrocie do St. George zwiedzilismy jego niewielkie centrum. Jest ono bardzo przyjemne i zadbane, ulice sa szerokie, a budynki siegaja maksymalnie dwóch pieter. Jedyna budowla górujaca w jego panoramie jest sniezno – biala, smukla, wysoka swiatynia mormonska. Glówna czesc nie jest udostepniona do zwiedzania, w przyswiatynnym centrum dla odwiedzajacych mozna jednak zobaczyc zdjecia jej wnetrz i dowiedziec sie wszystkiego o tej religii, czy to z opowiesci pracujacych tam wolontariuszy, czy z wystawy, czy tez z filmów granych w kilku malych salach kinowych.

Poniewaz w samym miescie nie ma az tyle do zwiedzania, wybralismy sie jeszcze raz poza nie. Pojechalismy w strone Leeds, gdzie pospacerowalismy po dawnej kopali srebra (tylko na zewnatrz, tunele nie wygladaly zbyt stabilnie) i miasteczku, które dawniej przy niej stalo. Pozostawiono tu nawet kilka zabytkowych budynków, takich jak kosciól i bank.  

Nazajutrz mielismy jechac do Kanionu Kolorado, na jego pólnocna krawedz, ale dowiedzielismy sie, iz wjazd moze byc zamkniety ze wzgledu na opady sniegu. Troche zawiedzeni postanowilismy zmienic plany i pojechalismy do Narodowego Pomnika USA Cedar Breaks. Po drodze zatrzymalismy sie w uroczym miasteczku Cedar City, gdzie poczulismy sie prawdziwie jak na wspólczesnym Dzikim Zachodzie. Pelno jest wielkich rancho, a ich wlasciciele wciaz nosza kapelusze cowboyskie.

Najbardziej niesamowite jest tez to, ze wystartowalismy tego dnia rano z pustyni z 25 stopniami Celsjusza; w Cedar City, niecala godzine jazdy dalej po pustyni nie bylo juz sladu, wszystko jest tu zielone, a po juz w polowie drogi w góre do Cedar Break  zastalismy warstwe sniegu! Bylismy zachwyceni. Dojechalismy do Brain Head, znanego z dobrych tras narciarskich i jak dzieci wyskoczylismy na snieg by porzucac sie kulkami. Pierwszy punkt widokowy na Cedar Breaks zaparl nam dech w piersiach. Ogromne urwisko z czerwonymi skalami pokrytymi sniegiem tu i ówdzie, z zielonymi sosnami dookola i w dole. Ogromne kontrasty dodaja dramatyzmu tym widokom. Cudny widok, którego nie da sie opisac slowami. Zatrzymywalismy sie na kazdym z punktów widokowych dookola, a kazdy z nich byl inny. Przy ostatnim, gdzie znajdowalo sie zamkniete juz o tej porze roku centrum dla odwiedzajacych, wybralismy sie na dluzszy spacer szlakiem prowadzacym do (tez pustego juz) pola namiotowego. Co za wymarzone miejsce na kemping! Gdzie sie czlowiek nie obróci, to inny, coraz ladniejszy krajobraz. Niestety obuwie mielismy troche nieodpowiednie na dalsze brodzenie po sniegu, wyszlismy zatem z powrotem na górna krawedz i obszernym kólkiem wrócilismy n parking. W drodze powrotnej do Cedar City zatrzymywalismy sie jeszcze wiele razy, to na olbrzymiej lace, wygladajacej jak zielone jezioro, to przy bystrym strumyku pelnym  zóltych lisci jesiennych drzew, to przy kolejnych imponujacych formacjach skalnych i w sanktuarium orlów, w którym leczy i przygarnia sie niesprawne ptaki.

Na koniec tego fascynujacego dnia zwiedzilismy muzeum na Farmie Johnsonów w St. George, w którym zobaczylismy odciski stóp dinozaurów zyjacych w tym miejscu 195 – 197 milionów lat temu.    

Ostatni dzien w Utah spedzilismy po raz kolejny w Parku Zions, a wydal nam sie on jeszcze piekniejszy. Byc moze dzieki ladnej, slonecznej tego dnia pogodzie. Az nam sie nie chcialo odjezdzac póznym popoludniem.

Wyjezdzajac ze Springdale tym razem skrecilismy na Droge Anasazi (nazwa plemienia Indian), na której koncu odkrylismy osiedle kilku domów usadowione na samym szczycie wzgórza z panorama na Zions. Co za lokalizacja na dom! Widoki pierwsza klasa. Zaparkowalismy tu samochód i poszlismy na niedlugi spacer, podziwiajac zachód slonca nad tym pieknym kanionem.

Stan Utah jest zachwycajacy, a my przeciez widzielismy tylko jego skrawek, ile jeszcze cudownych zakatków musi w sobie kryc...

Miasto Aniolow i Miasto Slonca

Posted on November 8, 2009 at 2:23 PM Comments comments (0)

Z Rarotonga mielismy wyleciec do Los Angeles o pólnocy, nie oplacalo sie wiec isc spac tej nocy. Niestety samolot byl spózniony 3 godziny, takze kiedy wyladowalismy po 9,5 godzinach lotu bylismy niesamowicie zmeczeni, ale postanowilismy wytrzymac jeszcze te pare godzin do wieczora, by lepiej przestawic sie na amerykanski czas. Udalo sie, ale pod wieczór chodzilismy juz na rzesach.

Zatrzymalismy sie w Sun City kolo Los Angeles, w przyczepie kempingowej w ogródku u Dziadka Boba.

Juz w drodze z lotniska rzucila sie w oczy susza jaka panuje w poludniowej Kalifornii. Nie padalo tu porzadnie juz od trzech lat, wiec wszytko jest suche, bezowe i zakurzone. Bardzo smutny widok. Tylko parki, okolice centrów handlowych i prywatne ogródki, spryskiwane kazdego dnia cenna woda sa zielone. Reszta w przygnebiajacym brazie czeka na deszcze lub sniegi.

Su City jest dosc ladna, zadbana okolica, domki sa idealnie skomponowane i symetrycznie rozmieszczone po obu stronach ulicy ciagnacej i wijacej sie w nieskonczonosc, tak, ze mozna sie tu poczuc jak w labiryncie. Kazdy zakret wyglada tak samo. Jest to osiedle dla osób powyzej 55 roku zycia (tzw. osiedle emerytów), wiec nie uswiadczysz tu wielu dzieci, a za to czestym widokiem sa pojazdy golfowe, którymi starsze osoby suna po sprawunki. Dziadek Bob tez ma taki wózek, obity drewnem i nawet z pasujaca przyczepa. Laduje sie go na prad, który jest tu tanszy nawet niz benzyna, wiec wszyscy staraja sie zawsze jak najwiecej zalatwic w zasiegu ruchu meleksów. Dopiero gdy naprawde trzeba, wsiada sie w samochód.

Poniewaz Dziadek Bob kupil sobie niedawno nowa lódke, troche w stylu barki turystycznej, o wdziecznej nazwie Sea Jane, z której jest bardzo dumny, od razu po zostawieniu bagazy w jego domu, pojechalismy nad jezioro Perris, by podziwiac i wypróbowac ten nowy nabytek. Lódka byla bardzo fajna, z mostkiem do sterowania na górnym pokladzie. Jeziorko nie za wielkie, z wyspa po srodku, dwoma przyjemnymi plazami i polem kempingowym, bardzo ladne, otoczone wzgórzami i tama z jednej strony. Obejrzelismy piekny zachód slonca sunac po spokojnej tafli wody, pomachalismy do kilku rybaków (‘Biora?’ ‘Biora!’ Swietnie!’) i poobserwowalismy czaple powolnie brodzace w przybrzeznych szuwarach. Moglismy nawet pokierowac przez chwile. Prowadzenie lódki to nie to samo co samochodu, reakcja po skrecie sterem jest bardzo opózniona. Przynajmniej nam, niewprawionym sprawilo to troche trudnosci, ale jest do opanowania. Na pewno bedziemy mieli jeszcze okazje pocwiczyc.           

Przez dwa nastepne dni zwiedzilismy okolice, pospacerowalismy po parkach, nad kolejnym malym jeziorkiem i po pobliskim wzgórzu, gdzie zobaczylismy stadnine koni i rancho. Zawitalismy tez do centrum handlowego po zakupy i by sprawdzic aktualne przeceny oraz – przyznajemy sie bez bicia – do kilku fastfoodów. :P Ale w In-And-Out-Burger sprzedaja naprawde najlepsze hamburgery w Stanach! Menu sklada sie z trzech podstawowych skladników i sa tylko trzy zestawy do wyboru. Czeka sie dosc dlugo, bo wszystko przygotowywane jest swiezo na zamówienie, ale warto poczekac. Hamburgery sa pycha! Mielismy wielkie ambicje pobiegac troche po takim obzarstwie, ale jakos… znowu musimy sie przyznac, nam zeszlo… Nie bylo czasu! Odrobimy pózniej ;).

Kolejnym punktem zwiedzania bylo Hollywood. Kazdy ma chyba swoje wlasne wyobrazenie o tym miejscu. Takze i my bylismy ciekawi, jak w rzeczywistosci wyglada. Po drodze zjechalismy pare razy z autostrady by zobaczyc panorame ogromnego, rozlozystego Los Angeles, jego centralna dzielnice z wiezowcami i szerokie, piaszczyste  plaze nad Pacyfikiem, niektóre pelne surferów czekajacych cierpliwie w wodzie na te jedna, jedyna wlasciwa fale.

Pogoda byla wspaniala, slonce i 35 stopni (Celsjusza), wiec cieszylismy sie nia wedrujac po Miescie Aniolów, pamietajac, ze w Polsce pewnie juz zimno i plucha… Trzeba naladowac endorfiny na zapas.

Wreszcie dojechalismy do Hollywood. Jakos tak malo sensacyjnie i bez fajerwerków musimy przyznac. W oddali na jednym z wzniesien dostrzeglismy slynny napis HOLLYWOOD, ale nie moglismy znalezc drogi do niego, co chwile wjezdzalismy w slepa ulice. W koncu sie poddalismy ze wzgledu na brak czasu. Zrobilismy sobie zdjecie z daleka i pojechalismy na slynny Bulwar Zachodzacego Slonca. Jest to szeroka ulica z kawiarniami i ogródkami po obu stronach, barami, drogimi sklepami, tanszymi sklepami z pamiatkami i hotelami. Jest tez kilka muzeów, hala koncertowa i studia nagran. Stoi tu tez budynek CNN, HBO itp. Wszystko kreci sie tematycznie wokól filmów. Bilbordy, wystawy sklepów, dekoracje budynków, pamiatki itp. itd. pelne sa zdjec aktorów, zapowiedzi kinowych, podobizn Oscarów. Po okolicy jezdza furgony z odkrytym dachem pelne turystów namietnie strzelajacych fotki miejscom gdzie ‘ktos slawny jada kolacje’ lub ‘ktos slawny raz zlamal sobie obcas’. Na ulicach stoja tez sprzedawcy ‘map gwiazd’, którzy na biezaco zaznaczaja, gdzie mozna napotkac ulubiona gwiazde lub gwiazdora (gdzie jada, gdzie robi zakupy, gdzie chadza) i gdzie krecone sa plenery ze znanymi osobistosciami. Pod koniec Bulwaru Zachodzacego Slonca wjezdza sie do Beverly Hills. W sumie to szukalismy Rodeo Drive, ale skoro juz tu sie znalezlismy, postanowilismy zobaczyc, jak mieszkaja bogaci Los Angeles. Nic jednak nie bylo widac spoza wysokich murów i gestych zywoplotów. Podobnie w Bel Air. Tutaj jeszcze jakis palac wystawal czasem ponad mur, ale poza tym i zloto zdobionymi bramami wjazdowymi nie widac nic. Jedynie co ciekawe, to dekoracje z okazji Halloween, czesto bardzo wymyslne i do zludzenia przypominajace prawdziwie krwawe sceny zbrodni lub olbrzymie pajeczyny oplatajace cala posiadlosc.

W drodze powrotnej przez Beverly Hills natknelismy sie na plener do jakiegos filmu w jednym z parków. Niczym ci paparazzi wiec wysiedlismy i poszlismy zobaczyc czy oby cos ciekawego sie wlasnie nie kreci. Troche nas zdziwila ogromna liczba psów ubieranych i charakteryzowanych pod bialymi namiotami rozlozonymi tuz za trzema glównymi planami akcji. Okazalo sie :)… ze krecono wlasnie film Beverly Hills Chihuahua II, :) a scena która powtarzano jakies 10 razy bylo serwowanie pieskowi obiadu na srebrnej zastawie na perskim dywanie przez lokaja :). Hm… Powstawalo zapewne wlasnie na naszych oczach iscie wybitne arcydzielo z ambicjami do Zlotych Globów. Na sto procent ;).

Na koniec tego szolbizowego dnia pojechalismy na Bulwar Hollywood, gdzie ze spuszczona glowa sledzilismy gwiazdy wmurowane w Aleje Slaw (Walk of Fame), poswiecone najrózniejszym slawom filmu, telewizji i muzyki. Przy Chinskim Teatrze  kreca sie cale tlumy przebieranców oferujacych pozowanie do zdjecia za 5 $. Minelismy wiec dwie Marilyn Monroe (w tym jedna po szescdziesiatce, Elvisa, trzech Jacków Sparrowów, Kapitana Ameryke, Batmana, Spidermana, Supermana, Sponge-Boba Kanciastoportego, dwóch Shrecków i jedna Fione. Pewnie kogos pominelismy, ale musicie nam wybaczyc, gdyz az sie roilo od tych przebieranców. Stoj ac na swiatlach przy przejsciu dla pieszych uslyszelismy tez za plecami gadke dwóch rozdawców ulotek, z których to jeden przekonywal drugiego ze ‘moze zalatwic role w top – produkcji, jest przeciez na ‘ty’ ze Spilberiem, przyjazni sie z Jackiem Nicholsonem i byl w filmie Dzien  Niepodleglosci z Willem Smithem, czego nikt mu nie odbierze bracie, nikt!’ Jaaaaasneeeeee… Teraz to dopiero nagle poczulismy, ze faktycznie jestesmy w Hollywood i tak samo nagle postanowilismy juz sie stad zbierac. Hollywood: ‘zaliczone’. Zadnych rewelacji. Ale i tak warto bylo zobaczyc, jak w rzeczywistosci wyglada jedno z najslynniejszych miejsc na swiecie. Tak sobie, jesli nas zapytacie.

Po powrocie do Sun City spedzilismy jeszcze jeden wspanialy, sloneczny dzien na lódce. A ostatniego wieczoru poszlismy wesole miasteczko Poludniowej Kalifornii. Udalo nam sie, poniewaz jedna z kobiet przy wejsciu zaoferowala nam darmowe wejsciówki, które zakupila dla swoich dzieci, a te weszly jak sie okazalo za darmo. Znowu mielismy farta. Super. Jedzenia, pokazów akrobatycznych, karuzel i strzelnic bylo bez liku. My zjedlismy tylko lody, choc w ofercie byly nawet smazone w panierce na glebokim oleju: - snickersy, - ciastka markizy orios, - klomby kukurydzy, - maslo (!) i – ptysie; ponadto jablka: - w karmelu, - w lukrze, - w karmelu, czekoladzie i orzechach, - w karmelu, lukrze, czekoladzie i orzechach (mozna pewnie sobie wmówic, ze zjadlo sie ‘tylko’ owoc i ruszyc po wiecej smazonek). Jakos sie nie skusilismy, choc pachnialo tak ‘amerykansko’ ;). Obejrzelismy halasliwy wystep na trapezie ‘Piratów z Kolumbijskich Karaibów’, poprzedzony sprzedawaniem malowanek o piratach za 2 $ (przez samych piratów), Clong ustrzelil drewniane róze dla Mlong i zrobilismy sobie zdjecie przy makiecie z wycietymi glowami: jako osy. Ale najlepsze pozostalo na koniec. Na wielkiej arenie obejrzelismy wyscigi monstrualnych ciezarówek Monstertrucks. Och co za emocje pelne gestego kurzu wgryzajacego sie w oczy i zagluszajacego nawet Piratów z Kolumbijskich Karaibów warkotu gigantycznych silników napedzanych metanolem. Dwie Monstertrucki zostaly zdyskwalifikowane powodu problemów technicznych, jedyna kobieta – kierowczyni zajela czwarte miejsce a wygral zawodnik z pobliskiego hrabstwa. Zwyciezca na koniec dal pokaz krecenia kólek w miejscu, czyli okrecania sie ciezarówy wokól wlasnej osi, co pod koniec zakrylo i nas – publicznosc i jego w gestej, brazowej chmurze pylu. Uznalismy to za znak konca pokazu i po omacku udalismy sie do samochodu. Ale wieczór!

 

    

Nastepnego dnia spakowalismy sie, pozegnalismy z Dziadkiem Bobem, który byl na tyle mily, ze pozyczyl nam samochód (mamy nadzieje, ze nie bedzie mial pilnych spraw do zalatwienia poza strefa meleksów ;) ) i pojechalismy do Utah.  

 

 

Rajskie czy nierajskie Rarotonga

Posted on November 7, 2009 at 10:08 AM Comments comments (0)

 

 

Na Wyspy Cooka dotarliśmy dzień wcześniej niż wystartowaliśmy z Nowej Zelandii – ze względu na przekroczenie międzynarodowej  linii zmiany daty. Wylecieliśmy 3go a wylądowaliśmy 2go. Także nie tylko odmłodnieliśmy o 1 dzień, ale i zyskaliśmy 24 godziny na zwiedzanie. Jak dla nas – super! ;)

Na lotnisku przywitał nas śpiewak przygrywający na ukulele. Od razu poczuliśmy się jak na egzotycznym miesiącu miodowym. Pogoda była cudna, bardzo ciepło, ale nie gorąco, przyjemna, delikatna bryza morska. Zaraz po wyjściu z hali przylotów ustawione było kilka kontuarów z informacją turystyczną, a ich pracownicy wychodzili naprzeciw turystom. Pan, który zapytał nas gdzie mamy zarezerwowany pokój, skierował nas do mini-busika, którego kierowca – właściciel naszego hostelu, za darmo zawiózł nas na miejsce, choć nawet się z nim nie umawialiśmy.   

Zatrzymaliśmy się w hostelu Backpakers International na południu wyspy. Bardzo prosty i surowy, ale miał wszystko czego potrzeba, czyli łóżka, prysznice (z reguły tylko zimne) i kuchnię. Poznaliśmy wielu fajnych ludzi i mieliśmy niedaleko do plaży.  

Wiedzieliśmy, iż wyspa ta jest niewielka, prawie okrągła i składa się z plaż przy lagunie dookoła i gór w środku, ale zaskoczeni byliśmy rozmiarem tych wzniesień. Są bardzo spiczaste i dużo większe niż się spodziewaliśmy. Porośnięte gęsto tropikalną zielenią majestatycznie spoglądają w dół na turkusową, pełną kolorowych ryb i koralu lagunę i duże, granatowo – białe fale rozbijające się u jej krańca daleko u brzegu. Dokładnie widać, gdzie kończy się laguna, a to przez różnicę kolorów: woda z turkus przechodzi w granat. Na plażach rosną palmy, piasek jest biały i miękki, a gdzie niegdzie składa się ze skruszonego koralu, przez co jest trochę bardziej gruboziarnisty i szorstki w dotyku. Jedyne mniej przyjemni z wyglądu mieszkańcy laguny to strzykwy, przypominają grube gąsienice, tylko są dużo większe i czarne – ponoć lokalny przysmak. Usadawiają się na dnie, nawet bardzo blisko brzegu, a często leżą na plaży wyrzucone przez fale. Ale nie martwcie się, przeżywały nawet to, niezłe z nich skubańce – odrastają nawet po tym, jak ktoś je wypatroszy.   

Kolejnym zaskoczeniem były dla nas gekony. Przyzwyczailiśmy się do nich w Azji, ale tutaj – niesamowite – wydają one głosy! Takie przenikliwe wysokie tony, kiedy ‘walczą’ o terytorium. Było ich w naszym hostelu pełno. Śmieszne to stworzonka, które można długo obserwować i się nie znudzić.

Po rozpakowaniu paru rzeczy (mogliśmy to wreszcie zrobić, jako że zostawaliśmy w jednym miejscu przez cały tydzień) wybraliśmy się na plażę. Ta niedaleko hostelu była bardzo ładna, choć dość wąska. Im bardziej na wschód, tym plaże stawały się szersze, ale i gęściej ‘zaludnione’.      

Większość zabudowań na wyspie skupia się wzdłuż linii brzegowej, przy głównej ulicy. Kursują tylko dwa autobusy: jeden zgodnie, a drugi przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Orientacja jest tu bardzo łatwa. Miasto, Avarua, stolica Wysp Cooka, ulokowało się na północy wyspy. Znaleźć tu można dwa (z trzech w całym Rarotonga) duże supermarkety, pocztę, posterunek policji, uniwersytet, bibliotekę, port itd. Co weekend odbywa się tu także ‘targ kulturalny’, gdzie kupić można rękodzielnictwo i smakołyki domowej roboty. Budynki rządowe są małe i niepozorne, niczym większe domy. Na południu i wschodzie znajdują się najpopularniejsze hotele i resorty, jako że plaże są tam najładniejsze i najlepiej dostępne. W małych sklepikach rozrzuconych dookoła wyspy kupić można tylko podstawowe produkty. Ogólnie jest dość drogo, ceny porównywalne z nowozelandzkimi. Bierze się to stąd, że choć nie jest to zbyt bogaty kraj, to niemal wszystko trzeba importować drogą morską.

Bardzo wiele jest kościołów, najróżniejszych wyznań, niektóre bardzo ciekawe architektonicznie, szczególnie te najstarsze. Przy niektórych znajdują się cmentarze, ale większość grobów umieszczona jest przy domach, w ogródkach, gdzie rodzina może się o nie troszczyć na co dzień. Panuje tutaj silny kult przodków. Kwestią honoru jest wyuczenie się na pamięć i recytowanie całego swojego drzewa genealogicznego.

Wewnątrz wyspy, u podnóża gór, znajdują się poletka rolnicze. Są one często bardzo rozdrobnione, ze względu na skomplikowany, skrupulatnie przestrzegany system dziedziczenia. Nierzadko zdarza się więc, że ktoś ma kilka drzew papai po jednej stronie wyspy, ziemniaki po drugiej, itd. Wytłumaczyli nam to właściciele naszego hostelu, których non-stop spotykaliśmy podczas spacerów w najróżniejszych zakątkach wnętrza lądu, zbierających swoje plony na kolację. Podczas pogaduszki przy jednym z ich poletek Clong zapytał naszą gospodynię, Anny, czy są to dzikie warzywa. ‘Nie – odpowiedziała – po prostu o nie nie dbamy’. Ups… :)   

Pierwsze cztery dni na Rarotonga spędzaliśmy po trochu pływając w morzu, a po trochu spacerując wśród domów i pól oraz po wzgórzach wewnątrz wyspy. Odkryliśmy wiele bardzo uroczych zakątków, takich jak wodospad Wigmore; zachwyciła nas panorama wyspy widziana z góry, podobnie jak codziennie inne zachody słońca na plaży. Im bardziej w głąb lądu, tym więcej komarów, bardzo malutkich, ale i bardzo natarczywych. Trzeba koniecznie stosować jakiś środek przeciwko nim, bo w przeciwnym razie człowiek zostałby chyba zjedzony żywcem.    

Na ostatnie trzy dni wypożyczyliśmy skuterek, ponieważ chcieliśmy wieczorami pojechać do miasta, a autobusy nie kursowały zbyt często w nocy. Co prawda bez problemu łapaliśmy jak dotąd stopa, ale w dzień; nie sądziliśmy, by było to takie łatwe w nocy, tutaj, gdzie nie ma oświetlenia ulicznego.

Zagraniczne prawo jazdy nie jest uznawane na Wyspach Cooka, więc jedno z nas, padło na Clonga, musiało wyrobić sobie tutejsze ‘prawko’. Egzamin przeprowadziła pani z wypożyczali. Trwał on jakieś 3 minuty, kosztował 2 dolary (NZD). Polegał na załączeniu silnika, przejechaniu w linii prostej 20 metrów i zawrócenia. Egzaminatorka wypisała na miejscu papierek i wręczyła go Clongowi: ‘Gratuluję. Nie spadł pan z motoru, więc pan zdał.’ Załatwione. :)

Z własnym środkiem lokomocji mieliśmy dużo zabawy i zobaczyliśmy pozostałe zakątki wyspy, jest ona naprawdę mikroskopijna: liczy jedynie 67,1 km².

W czwartek wieczór wybraliśmy się na folklorystyczny pokaz muzyki i tańca, którego jak wszyscy znajomi w Nowej Zelandii nas przekonywali, nie mogliśmy przegapić. Wybraliśmy taki bez kolacji, czyli najtańszy (5 NZD), w klubie Staircase. Faktycznie, warto było go obejrzeć. Głównym instrumentem były bębny i pate? (coś na kształt drewnianej rury ze szczeliną wzdłuż, w którą uderza się pałeczkami). Muzyka bardzo szybka, energiczna i donośna. Tradycyjnie ubrani tancerze mieli przepasane kępy kolorowych frędzli z trawy wokół talii i kolan, natomiast tancerki tylko wokół talii, ale dłuższe. Ich biustonosze zrobione były ze skorup kokosa. Do pozostałych ozdób należały wielkie, kolorowe pióropusze, naszyjniki i ozdoby z muszli.  Prezentowali się przepięknie, a tańczyli z taką energią, zapałem i w tak szybkim tempie, że wprawili w zachwyt całą publikę. Każdy gest i ruch ma tu jakieś znaczenie, każdy rytm coś odzwierciedla. Osobiście byliśmy pod wielkim wrażeniem. Już dawno się tak dobrze nie bawiliśmy i dawno nasze nogi nie rwały się tak do pląsów. Taniec z Wysp Cooka, podobny do wielu innych polinezyjskich tańców, podkreśla ich tradycyjną, dawniej kultywowaną strukturę społeczną, gdzie kobieta ma być powabna, delikatna i pełna seksapilu, a mężczyzna nieustraszonym, silnym wojownikiem. Tancerze zaprezentowali nam tradycyjne powitanie, które przez uderzenia w nogi i wystawianie języka, wydały nam się raczej przerażające niż zachęcające do odwiedzin ;). Większość z nich zdawała się przy tym naprawdę czerpać wiele radości z tego tańca, a ich entuzjazm był zaraźliwy. Ogromnie nam się spodobało. Przez cały wieczór po pokazie ta elektryzująca, rytmiczna muzyka grała nam w głowach. Postanowiliśmy zobaczyć ich jeszcze raz następnego wieczoru. Tak też zrobiliśmy. Okazało się, że w piątki występuje inna grupa. Pokaz był tak samo zachwycający. Tym razem na koniec jednak lider grupy zapowiedział, iż teraz wybrańcy z publiki będą mieli okazję nauczyć się podstawowych kroków. Od razu wyobraziliśmy sobie, jak komiczne to będzie, nie ma bowiem szans, by  amator zdołał tak szybko poruszać biodrami i kolanami (dodatkowo zachowując przy tym niemal nieruchomą górną część ciała). Nikt prócz nich nie nadążyłby za rytmem. Już więc zaczynaliśmy brać odwet do toalety, gdy ręka jednego z tancerzy zacisnęła się na nadgarstku Mlong. ‘Nie, nie, ja nie umiem…’ – próbowała się wymigać, ale nic to nie dało oczywiście. Z mikrofonu cała publika usłyszała: ‘Gdy wojownik wybierze cię do tańca wskazując cię prawą ręką, nie możesz odmówić!’ Wszystkie oczy spotkały się z przerażonym wzrokiem Mlong, dla której już nie było odwrotu. Jako pierwsza więc musiała na scenie zaprezentować czego nauczył ją jej nauczyciel w super przyspieszonym kursie, czyli w trzech słowach. Gdy rozległa się muzyka, w bezlitośnie szybkim rytmie, a jakże, Mlong coś tam próbowała, coś tam się starała, ale jej instruktor tylko przekrzykiwał instrumenty: ‘Szybciej, szybciej! SZYBCIEEEEJJJJ!’. Clong, (podobnie jak reszta publiczności) miał wielki ubaw, a nawet zdradziecko nagrał film! Według Mlong miał on nigdy nie ujrzeć światła dziennego, ale jeszcze tego wieczoru w hostelu zwijaliśmy się ze śmiechu oglądając go kilkanaście razy.   

Co za wieczór…

Dowiedzieliśmy się, że w sobotnie ranki, na scenie ‘targu kulturalnego’ występuje czwartkowa grupa. Zdążyliśmy co prawda tylko na końcowe pokazy, ale zachwyceni byliśmy tak samo jak w dwa poprzednie dni.

Niesamowicie energiczni, pełni życia, entuzjazmu i radości są ci Rarotongańczycy. Co nie przeszkadza w tym, iż potrafią też znakomicie się relaksować, na odpoczynek zawsze musi być czas, a punktualność niewiele tu znaczy. Co za mądry i wywarzony styl życia… :)

Życie na tej wyspie wydawało nam się rajem: bardzo proste, zgodne z naturą, bogate w tradycję i pełne piękna. Plus oczywiście idealna pogoda przez okrągły rok, piękne góry i ciepły ocean.

Pewnego dnia uzmysłowiliśmy sobie jednak, jak wysoka jest cena za mieszkanie w raju.

Rejony te nawiedzane są huraganami, tsunami i innymi groźnymi zjawiskami, znacznie wzmożonymi przez ocieplanie się klimatu. Lekka zabudowa, skupiona blisko wybrzeża, nie sprzyja ochronie przed nimi. Dopiero co niedawno przeszło mordercze tsunami przez pobliskie Samoa i Tonga, które zgarnęło żniwo niemal 200 istnień ludzkich i dorobek życia niejednej i nie dwóch rodzin. Nie dziwne więc, że tego dnia, kiedy i Wyspy Cooka otrzymały wiadomość o trzęsieniu ziemi koło Vanuatu i ostrzeżenie o zbliżającym się tsunami, mieszkańcy wzięli je poważnie. My pływaliśmy właśnie przy plaży Muri na wschodzie wyspy, kiedy zauważyliśmy, że w ciągu dosłownie kilku minut plaża opustoszała. Wychodząc z wody zostaliśmy poinformowani przez jedną z miejscowych kobiet, iż nadano właśnie sygnał alarmowy o tsunami i że mamy się udać ‘do góry’, w głąb wyspy, byle wyżej. Zmroziło nas. Nie mieliśmy wtedy skuterka, zebraliśmy się więc szybko i zaczęliśmy iść ‘w głąb’. Nie mieliśmy jednak żadnego planu i prawdę mówiąc byliśmy mocno zdezorientowani. Miejscowi okazali się jednak bardzo troskliwi. Każdy mijający nas samochód zatrzymywał się i pytał czy wiemy, czy mamy dokąd pójść. Jedna z rodzin podwiozła nas do naszego hostelu, mimo że wóz buł już przepełniony. Od nich dowiedzieliśmy się też, że fala ma uderzyć za 3 godziny. Przynajmniej każdy będzie miał szansę uciec na wzgórza. Ale co z domem, zwierzętami i całą resztą?! Przerażająca myśl. Właściciele naszego hostelu zdecydowali, iż na razie poczekamy jeszcze, słuchając wiadomości, zanim zdecydujemy co robić. Na szczęście po około pół godzinie alarm został zniesiony. Później został jednak wznowiony i na koniec ostatecznie zniesiony. Chwile mrożące krew w żyłach. Co za szczęście nie do opisania, że nic się nie stało. Kamień spadł nam z serca i poczuliśmy ogromne wzruszenie patrząc w pełne ulgi oczy naszych gospodarzy. Oby nigdy nie musieli przechodzić przez nic podobnego. My, turyści, moglibyśmy spakować paszporty i parę rzeczy i pójść ‘w góry’, uratować się i odlecieć po jakimś czasie do domu. Tutejsi mieszkańcy zaś, czekaliby, może i w miarę bezpiecznie, aż przejdzie to najgorsze, tylko po to by zejść potem do swoich posiadłości i ocenić nieuniknione straty.

Na świecie chyba jednak nie ma raju….       

 

 

Powr�t do Auckland

Posted on November 2, 2009 at 10:00 PM Comments comments (0)

 

 

Tym razem w Auckland zatrzymaliśmy się u Lorenzo i jego rodziny, którzy ugościli już ponad setkę Couch – Surferów. Razem z nami w ich gościnnym mieszkaniu zatrzymała się para podróżników z Austrii. Wszyscy mieli tyle ciekawych rzeczy do opowiedzenia,  że prawie nie zostało nam czasu  na zwiedzanie. Ale nie żałowaliśmy, spędziliśmy w domu naszych gospodarzy świetne chwile. Wieczorem drugiego dnia pojechaliśmy autobusem miejskim do centrum i trochę pospacerowaliśmy. Mieliśmy zamiar obejrzeć panoramę miasta z wieży Sky Tower, ale znowu zniechęciła nas wysoka cena wstępu. Zamiast tego poczreptaliśmy do portu, poszliśmy na lody i w sumie nic sensacyjnego już nie zobaczyliśmy…

Nie pozostało nic innego jak spakować się i pożegnać z Nową Zelandią. Następnego dnia w południe wylecieliśmy na Wyspy Cooka.

Nowa Zelandia podbiła nasze serca i na pewno chcemy tu kiedyś wrócić, tyle jeszcze pozostało do zobaczenia.

 

 


Christchurch

Posted on November 2, 2009 at 7:42 PM Comments comments (0)

 

 

W Ōtautahi, jak Maorysi nazywają Christchurch, zatrzymaliśmy się znowu w hostelu Base, bo z jego filia w Taupo zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie, tak samo jak niskie ceny i świetna lokalizacja w samym centrum. Byliśmy dość zmęczeni, więc spacer tego wieczoru ograniczyliśmy do Placu Katedralnego i jego kilku przecznic.

Więcej zobaczyliśmy następnego dnia. Zwiedziliśmy Katedrę, trochę zbyt komercyjną jak na nasz gust, Centrum Sztuki, budynki dawnego uniwersytetu z pracowniami artystycznymi i kawiarenkami oraz ogród botaniczny. Przeszliśmy też przez jedną ze starszych dzielnic mieszkalnych w śródmieściu, z okazałymi kolonialnymi domami.

Christchurch wywarło na nas bardzo pozytywne wrażenie. Życie tutaj wydaje się nie tylko kusząco bliskie wielu cudom natury, ale i aktywne, acz nie za szybkie i bogate w życie kulturalne. Tak nam się przynajmniej wydaje, bo na potwierdzenie naszych odczuć niezbyt wiele mieliśmy czasu - już drugiego dnia odlecieliśmy z powrotem do Auckland.

 

 

Kaikoura, krolestwo kaszalotow

Posted on November 2, 2009 at 7:39 PM Comments comments (0)

 

 

Do Kaikour’y przyjechaliśmy by zobaczyć wieloryby. Nie udało nam się co prawda wybrać na wycieczkę statkiem, z którego można je podziwiać z bliska (cena 145 NZD za osobę (!) powaliła nas po prostu z nóg), ale zobaczyliśmy je z brzegu. Wynurzały się majestatycznie w oddali by zaczerpnąć powietrza. Zwierzęta te są takie fascynujące. Przesiedzieliśmy parę godzin na kamienistej plaży wytężając wzrok obserwując kaszaloty, które są w wodach Kaikour’y częstymi gośćmi. Rewelacja.    

Późnej poszliśmy na długi spacer wzdłuż brzegu, wracając do naszego hostelu przez miasteczko. Kaikoura warta jest odwiedzenia nie tylko ze względu na wieloryby, ale i na naturalne piękno. Jasno niebieskie, spienione fale z hukiem rozbijają się o szeroką i w nieskończoność ciągnącą się plażę z ciemnych kamieni, wyrzucając na nią kawałki gigantycznych wodorostów i najrozmaitsze muszle. Miasteczko jest niewielkie, prowincjonalne i robi wrażenie spokojnego, klimatycznego miejsca żyjącego z morza. Nad nim zaś królują, pokryte podczas naszej wizyty śniegiem, góry sięgające sporo ponad 2000 m n.p.m. Bardzo piękny, elektryzujący widok.

Na drugi dzień wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy zobaczyć kolonię fok z gatunku kotik nowozelandzkich. Pierwszą, malutką zobaczyliśmy z dala od reszty stada, na przeciwnym brzegu zatoki. Spała sobie na krawężniku, tuż przy ulicy. Dobrze, że ruch jest tutaj znikomy. Taka indywidualistka. Reszta jej ziomków wylegiwała się na skałach po drugiej stronie. Ich bardzo sympatyczne pyszczki jakoś nie pasują do tych nieraz  ponad dwu – metrowych cielsk i wielkich zębów. Z początku nie łatwo je dostrzec z daleka, gdyż świetnie wtapiają się w otoczenie. Ale jak już się je zauważy, pojawiają się następne. Z koloni fok prowadzi też bardzo malownicza ścieżka po pobliskim wzniesieniu, z której rozciąga się piękna panorama Kaikour’y: małej kropki na tle oceanu i gór.

Jeszcze tego samego dnia, po powrocie, późnym popołudniem zebraliśmy się i wyruszyliśmy do Christchurch. Stopa znowu złapaliśmy prawie od razu. (Nowa Zelandia  kwalifikuje się do miana raju autostopowiczów).

 

 


Rss_feed